Strona główna > Publikacje i teksty on-line > W ZAWIESZENIU, Dr Fatih KARAMAN
Seminarium „Psychiatria, psychoterapia i kultura(y)” >> Rok 1993-1994: Uraz psychiczny i lęk

W ZAWIESZENIU, Dr Fatih KARAMAN

Tłumaczenie z języka francuskiego: Daria WLAZLO (tytuł oryginalny: „Parenthčses”)

Wtorek 18 grudnia 2007, przez Dr Fatih KARAMAN

 

W ZAWIESZENIU

Skąd ten tytuł? Otóż pewnego pochmurnego, alzackiego poranka, kilka miesięcy temu, wyjechałem do kraju, który nazywam moim krajem.

„Kraj” – to słowo nic nie znaczy, to tylko uogólnienie, oderwane pojęcie. Kiedy mówi się o „swoim kraju”, mówi się tak naprawdę o kilku miejscach i pejzażach, które znamy. Jakieś miasto, dzielnica, wybrzeże... Mówi się też o kilku drogich nam mężczyznach i kobietach... a może też o miłościach, przyjaźniach czy zranionym sercu.

Nie do takiego kraju wyjeżdżałem owego pochmurnego, alzackiego poranka, ale do miejsca, które było mi zupełnie obce i w którym czułem się, od pierwszego do ostatniego dnia pobytu, tylko przejazdem.

Miałem tam tylko odbyć służbę wojskową.

Znalazłem się tam, tuż przy granicy irańskiej, niedaleko świętej góry Ararat, aby pracować jako psychiatra, zamknięty przez dwa miesiące dniem i nocą w szpitalu. Widziałem warunki, w jakich ci ludzie żyli, walczyli, zostawali ranni, a czasem umierali...

Nie czułem się związany ani z tym nieprzyjaznym klimatem, ani z tym miastem, ani tym bardziej z tą bezimienną wojną między Kurdami i Turkami, która trwa już od dziesięciu lat.

Przymusowy pobyt przez czas określony poza osobistą czasoprzestrzenią – to właśnie to, co nazwałem, będąc tam jeszcze, życiem w zawieszeniu.

Spróbuję dziś otworzyć ponownie ten zamknięty rozdział, po to tylko, aby opowiedzieć o kilku przypadkach nerwicy pourazowej u pacjentów z tego zagubionego regionu.

Chciałbym też porozmawiać o okresach zawieszenia, które odnajdujemy każdego dnia w życiach naszych pacjentów: czasem są to rozdziały otwarte i nigdy nie zamknięte, zmieniające całe życie w jeden wielki nawias, czasem epizody wyskakujące nagle, jak grzyby po deszczu, w opowieści wypełnionej szczegółami; niekiedy zaś historie utajone, skryte nawet przed ich autorem, który trwoni czas próbując wydobyć je na światło dzienne... W ten sposób dochodzimy do dzisiejszego tematu: stanu zawieszenia u pacjentów z urazem psychicznym, tej ciasnej celi, w której człowiek zostaje pewnego dnia zamknięty, aby przeżywać – czasem bez końca – jeden z licznych aspektów koszmaru, nie przestając przy tym spoglądać przez kraty swojego więzienia na zewnątrz... na życie, własne życie, teraz tak niedostępne...

Ponieważ celem tego seminarium jest wyjście, jeśli to możliwe, poza metafory i zrozumienie przyczyn występowania stanu zwanego „nerwicą pourazową”, spróbuję ze swojej strony rozpocząć prelekcję od szeregu pytań nawiązujących do przedstawionej wyżej metafory, które, mam nadzieję, pomogą mi zorientować się w tym słabo jeszcze znanym terenie.

Jaką zbrodnię popełnił ten zamknięty w celi człowiek? Czy popełnił ją w odległej przeszłości, czy też niedawno? Czy można tu w ogóle mówić o zbrodni?

Kto zbudował mury tego więzienia i jaka jest ich funkcja?

Jaki jest stosunek więźnia do własnego cierpienia i do koszmarnego przeżycia, które je wywołało? W poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania, przyjrzyjmy się kilku przypadkom klinicznym...

Przypadek kliniczny nr 1

Młody oficer (podporucznik), który zgłosił się do szpitala skarżąc się na „drażliwość”. Drażliwość, która trwa od mniej więcej dwóch tygodni. Co rozumie pod tym pojęciem?

Odpowiada, że łatwo się denerwuje na ludzi ze swojego otoczenia, i to niekiedy z błahych powodów, a także że źle znosi rozkazy przełożonych od czasu, gdy zaatakowano go nocą w jego domu podczas ofensywy kurdyjskiej partyzantki, biorącej za cel jego mieszkanie w wiosce oraz uzbrojony posterunek znajdujący się w odległości 15 minut jazdy samochodem. Mojemu pacjentowi wszystko to wydaje się pozbawione sensu.

Zaznacza, że w momencie ataku w domu znajdowała się również jego żona, w ciąży od dwóch miesięcy z ich pierwszym dzieckiem, a także jej przyjaciółka i że martwił się bardziej o nie niż o siebie. Dodaje zaraz, że przeżył już podobne ataki, brał też udział w ofensywach wojsk, ale tamtej nocy po raz pierwszy poczuł się całkiem sam. Sam na sam z dwudziestką partyzantów, jak wnosił z liczby wystrzelonych pocisków rakietowych i kul. Opowiada dalej, jak bronił się podczas próby wyważenia drzwi wejściowych, czekając niecierpliwie na pomoc kolegów z posterunku. Kiedy nadzieje zawiodły, przyszło mu na myśl, że prawdopodobnie posterunek również został zaatakowany i że jego przyjaciele być może już nie żyją. Później okazało się jednak, że martwił się niepotrzebnie. W rzeczywistości posterunek nie został zaatakowany i żaden z jego przyjaciół nie został ani ranny, ani zabity.

Tuż po ataku postanowił wysłać żonę do odległego regionu, do teściów. Drażliwość pojawiła się niemal równocześnie z jej wyjazdem. Nie mógł wytrzymać sam w domu, zaczął więc spędzać noce na posterunku, jednak jego stan, zamiast się poprawić, zaczął się pogarszać. Najpierw przygnębienie, osłabienie, potem zaburzenia snu; początkowo miał po prostu trudności z zaśnięciem, dopiero w dwa dni po ataku pojawiły się koszmary. W snach przeżywał bez końca scenę wyważania drzwi przez kurdyjskich partyzantów, jednak budził się zawsze na chwilę przed ustąpieniem drzwi.

Przypadek kliniczny nr 2

Chodzi tu również o młodego oficera, który zgłosił się do polikliniki z powodu osłabienia i utraty chęci życia. Objawy nasilają się od mniej więcej miesiąca. Pacjent ma poczucie, że wszystko stracone. Mówiąc „wszystko” ma na myśli nie konkretną sytuację, ale całą ludzką egzystencję. Życie nie ma sensu... jest puste... nic nie warte... Jego twarz jest naznaczona głębokim smutkiem... Mówi powoli i z wysiłkiem.

Przez pierwsze pół godziny udaje mi się wydobyć z niego zaledwie kilka faktów biograficznych: żonaty od czterech lat, ale od pewnego czasu postrzega małżonkę jak kogoś obcego. Nawiasem mówiąc, mieszka ona z ich trzyletnim synem u rodziców, w mieście położonym poza regionem. Pacjent służy w wojsku od trzech lat i to jest jego trzeci i ostatni rok w tym regionie. Wojsko mu się podoba, ale od kiedy zachorował, uważa, że to nie jest zawód dla niego. Wspomina na przykład, że nie potrafi wytrzymać nocnego przesiadywania w górach na świeżym powietrzu w przygotowanej zasadzce, a robili to z całym oddziałem noc w noc od początku lata. Biorąc pod uwagę stan chorego, jego bierność i przygnębienie, a także obecność dziesiątki innych pacjentów czekających przed moim biurem, z miejsca zaproponowałem mu hospitalizację, na co zgodził się z rezygnacją.

W pierwszych dniach hospitalizacji, jak odnotowałem, stan pacjenta pozostawał bez zmian, skarżył się on przy tym na bezsenność, która nie ustępowała mimo leczenia.

Podczas czwartego seansu zadałem szczegółowe pytania dotyczące owych zaburzeń snu: na przykład, kiedy bezsenność wystąpiła po raz pierwszy? Czy chodzi o niespokojny sen, czy też o całkowity brak snu? Czy dręczą go złe sny? – Widzę, że się waha... Zaczyna mówić, z trudem, kręcąc się przy tym niespokojnie w fotelu i nie patrząc mi w oczy... Jego opowieść jest przerywana dłuższymi lub krótszymi chwilami ciszy...

Dowiaduję się, że miesiąc temu jego oddział wpadł w zasadzkę w górach, i to w momencie, gdy sami przygotowywali atak z zaskoczenia. Pierwsze strzały dosięgły żołnierza, który stał tuż przy nim. Raniony w głowę, umarł „w jednej chwili”. Jego twarz była zalana krwią. Pacjent, przyczajony w ukryciu, słyszał głosy dwóch innych żołnierzy, wzywających pomocy. Niestety, nie mógł się zbliżyć z powodu strzałów, które nie ustawały do świtu... Rankiem znaleźli już tylko ich ciała.

Pacjent powtarza wielokrotnie, ze łzami w oczach, że takiej sceny nikt nie mógłby zapomnieć. Jest przekonany, że wymazanie z pamięci tej twarzy skąpanej we krwi i tych pełnych cierpienia głosów dwóch innych żołnierzy byłoby równoznaczne z utratą resztek człowieczeństwa... A ponieważ nie można ich zapomnieć, nie można też poczuć się znowu dobrze, jak dawniej... Dlatego właśnie – podkreśla raz jeszcze – teraz wszystko jest inne... wszystko stracone...

Przypadek kliniczny nr 3

Pewnej nocy, podczas dyżuru, zostałem wezwany na oddział ortopedyczny do pacjenta, który trafił do szpitala dwadzieścia dni wcześniej ze złamanym i poranionym prawym przedramieniem, a obecnie skarży się na bezsenność.

Dotarłszy na miejsce, zastaję człowieka z lekka pobudzonego, który wyjaśnia mi szczegółowo, że jego problemem nie jest rana, jak wszyscy myślą, tylko brak snu – a raczej, jak to określił, „że zapomniał, jak się śpi”...

Jeśli chodzi o ranę, dowiaduję się, że zadał ją sobie sam, przez przypadek: jeden z jego naboi eksplodował, a metalowy odłamek wbił mu się w przedramię. Zbliżali się właśnie do grupy partyzantów w górach i jego oddział miał za zadanie ich otoczyć... – tu pacjent waha się chwilę, po czym podejmuje opowieść, wyjaśniając, że wybuch nastąpił nagle, kiedy pociągnął za cyngiel swojego karabinu.

Widząc wahanie pacjenta i chcąc zorientować się w stanie rzeczy, pytam, jaki widzi związek między tym niefortunnym incydentem a faktem, że „zapomniał, jak się śpi”. Zaznaczam przy tym, że sam podkreślał na początku mojej wizyty, że jego problem nie ma związku z raną.

Ku mojemu zdumieniu, pacjent uspokaja się i opowiada mi pewne zdarzenie, które nie daje mu spokoju. Tuż przed wypadkiem jeden z jego przyjaciół, należący do tego samego oddziału, zginął rozerwany przez minę. Od tamtej pory pacjent ma ciągle przed oczami, dniem i nocą, scenę tej śmierci, rozdarte ubrania, krew płynącą z ran, a przede wszystkim twarz zmarłego.

Został mu jeszcze miesiąc do końca służby, ale nie odczuwa już żadnej przyjemności, ponieważ życie straciło dla niego urok. Teraz myśli tylko o jednym: wrócić do domu, do żony i trzyletniej córeczki – i nie wychodzić jak najdłużej się da.

Przypadek kliniczny nr 4

18-letni rekrut, przebywający w tym regionie od blisko miesiąca. Do szpitala wysłał go porucznik, z powodu problemów w relacjach z ludźmi i nieustającej ponurości.

Przy pierwszym kontakcie pacjent sprawia wrażenie spiętego i zamkniętego w sobie. Na pytania odpowiada krótko i zwięźle. Wkrótce jednak jego nieufność ustępuje miejsca swobodnemu dialogowi na temat rozmaitych problemów, które napotkał od początku służby wojskowej (moim zdaniem ta zmiana nastawienia wynikała z faktu, że nie mam statusu wojskowego, o czym poinformowałem pacjenta zaraz na początku wizyty).

Mówi też, że ponosi pełną odpowiedzialność za incydenty, które miały miejsce w jednostce. Stara się zachować spokój i być miły dla innych, ale przyznaje, że czasami traci kontrolę nad sobą i robi rzeczy, których potem żałuje. Sytuacja ta pogorszyła się jeszcze w ciągu ostatnich tygodni, a trwa już od kilku miesięcy – od kiedy jego starszy brat miał wypadek.

Proszę go o więcej szczegółów na temat wypadku. Pacjent wyjaśnia, że jego brat zatruł się gazem ulatniającym się w łazience. Matka, zaniepokojona przedłużającą się kąpielą i brakiem odpowiedzi na wołania, poprosiła o pomoc drugiego syna. Chłopiec wyważył drzwi do łazienki i ujrzał starszego brata nagiego, „z zeszklonymi oczami, rozciągniętego na podłodze”. „Myślałem, że nie żyje” – wspomina. – „Miotałem się jak oszalały, nie wiedziałem, co robię...”.

Zmiana nastroju nastąpiła po powrocie brata ze szpitala. Chłopiec, wciąż niespokojny o brata, nie potrafił znieść jego nieobecności. Domagał się, aby brat był stale przy nim... Podczas jego nieobecności prześladowały go ponure wspomnienia pamiętnej sceny w łazience. Do tego dołączyły się nieco później nocne koszmary.

Mniej więcej miesiąc po wypadku pacjent udał się do lekarza, który przepisał mu leki antydepresyjne i postawił diagnozę depresji reaktywnej.

Komentarze

Wszystkie te przypadki prezentują typowe symptomy nerwicy pourazowej. Można jednak wskazać między nimi i inne punkty wspólne, którym trzeba by przyjrzeć się bliżej, aby zrozumieć wymiar społeczny, psychologiczny i egzystencjalny tej jednostki chorobowej.

W pierwszej kolejności należałoby, moim zdaniem, przedstawić specyficzne warunki środowiskowe, w których ci ludzie zmuszeni byli żyć, często pozbawieni najbardziej prozaicznych przyjemności. Życie rodzinne ograniczone lub nieistniejące, niemal całkowity brak kontaktów pozazawodowych, hierarchia wojskowa i rozkazy, niekończące się operacje wojskowe, zasadzki, ataki i kontrataki... Istniała w tym wszystkim elementarna potrzeba, która szybko przekształcała się w przymus: potrzeba przynależności do grupy czy też istnienia tylko poprzez grupę... i to kosztem niemal całkowitego wymazania cech indywidualnych! Nikt nie chciał (lub nie mógł) mówić innym językiem niż kolektywny język bojowy, w którym wizja świata odzwierciedla sztywny i bezwzględny podział na dobro i zło.

Można przypuszczać, że podział ten jest rezultatem spontanicznego procesu uwarunkowanego biologicznie, który stanowi odpowiedź żywego organizmu na bezpośrednie zagrożenie; organizmu, który szuka ocalenia w przewadze liczebnej grupy (przykłady takiego zachowania nie są rzadkie w świecie zwierząt). Główną jednak przyczyną wspomnianego podziału jest proces uzależniony od praw rządzących społeczeństwem, gdzie wszystko jest ideologicznie dozwolone, w tym również prowokacja, fałszowanie rzeczywistości, mediatyzacja uprzedzeń, przewartościowanie i dowolne wykorzystywanie mitów, wierzeń, ideałów... a wszystko po to, aby zmusić przemodelowaną w ten sposób jednostkę do „dobrowolnego” poświęcenia się interesom grupy. Trzeba więc umieć dokonać wyboru, wychodząc zawsze z pozycji dualistycznej, która zaciera granice między bohaterem i tchórzem, między dobrym i złym obywatelem, między nieugiętym wojownikiem i lękliwym pacyfistą.

W tym kontekście jest rzeczą zrozumiałą, że człowiek ulega nowomowie ideologicznej, która sprowadza rzeczywistość do pojedynczego, wyidealizowanego stanowiska, że odczuwa jej efekty w najgłębszych zakamarkach podświadomości, gdzie dawne konflikty czekają, aby wyjść na powierzchnię, aby powrócić pod postacią objawów histerycznych, stanów lękowych lub zaburzeń osobowości...

Pozostaje jednak pytanie, czy ta specyficzna atmosfera może stanowić czynnik decydujący dla rozwoju nerwicy pourazowej. Nawet jeśli pewna nadwrażliwość istniała już przed urazem psychicznym, czy to z powodu osłabienia ego spowodowanego skrajnymi napięciami zewnętrznymi, czy też z powodu indywidualnej podatności, wynikającej z osobowości neurotycznej, trudno wyczytać to z wypowiedzi pacjenta. W rzeczywistości chory nie szczędzi szczegółów dotyczących wydarzenia, które spowodowało uraz, ale staje się mniej rozmowny przy najmniejszej próbie wyjścia poza zdarzenie traumatyczne i poruszenia innego tematu. Pacjent nie przywiązuje większej wagi do wydarzeń z przeszłości i nie rozumie, dlaczego miałby mówić o swojej żonie, o dzieciach, o pracy czy po prostu o codziennym życiu; kiedy próbuje sobie przypomnieć jakieś przeszłe wydarzenie albo pomyśleć o przyszłości, przychodzi mu to z trudem, czasem towarzyszy temu smutek lub poczucie bezsensu.

Chciałbym w tym miejscu przytoczyć słowa, a raczej przemyślenia jednego z pacjentów, którego leczymy już od kilku lat, na temat życia i innych ludzi: „Ludzie chodzą tam i z powrotem jak mrówki” – mawiał – „nie rozumiem, jak oni mogą spokojnie pracować, jeśli nie wiadomo, dlaczego jesteśmy na tej planecie, dlaczego istniejemy ani po co się rodzimy, skoro pewnego dnia będziemy musieli umrzeć...”

Utracony sens życia!

Życie „niedorzeczne”, które stało się „nic nie warte”, straciło swój urok! To słowa czterech pacjentów, których historie opowiedziałem wyżej. Mówili tak, podobnie zresztą jak większość innych przypadków tej choroby, jakby poznali wcześniej inny aspekt życia, inną, prawdziwszą rzeczywistość, po czym, w wyniku nieszczęśliwego splotu okoliczności, wszyscy przeżyli coś, co zbliżyło ich do śmierci. Doświadczenie to jest zgodnie określane, i to nie tylko przez tych pacjentów, jako wyjątkowe, gwałtowne lub niecodzienne. Różnice pojawiają się dopiero w sposobie, w jaki każdy reaguje na to doświadczenie, jeśli przyjąć, że w zdarzeniu traumatycznym jest coś, co przekracza naszą wyobraźnię. Jeśli nie potrafimy sobie tego wyobrazić, to wynika to z nonsensu traumy, która odsłania nam wizję naszego własnego końca, całkowitej dezintegracji, niewyobrażalnego nieistnienia... Bliskość śmierci w czasie i przestrzeni oraz efekt zaskoczenia wywołany nagłością zdarzenia, a także jego wyjątkowość utrudniają, a nawet uniemożliwiają nadanie traumie sensu. Z tego właśnie powodu obsesyjne rozpamiętywanie zdarzenia, bezustanne przywoływanie wspomnienia, które ma na celu wsteczne opanowanie związanego z nim wzburzenia, prowadzi nieodmiennie do porażki i do nerwicy pourazowej.

Termin „wspomnienie” jest tu właściwie nie na miejscu, ponieważ chodzi tu najczęściej, zwłaszcza w początkach choroby, o jedną scenę, obraz wyjęty z kontekstu, który wciska się gwałtem do jaźni chorego: „wyważone drzwi” na przykład, „zalana krwią twarz zmarłego na tle głosów pełnych cierpienia” albo też „zeszklone oczy brata”...

Nie da się opisać tej sceny innym, może dlatego, że żadne słowa jej nie wyrażą, a może z powodu wyrzutów sumienia, wstydu lub poczucia winy, które nie opuszczają pacjenta. Zapomnieć ten uprzykrzony obraz, wymazać go – tego właśnie chce pacjent, a przynajmniej twierdzi, że tego chce...

Dla pacjenta życie dzieli się na „przed” i „po” pamiętnej scenie. Życie „przed” staje się obiektem nostalgii, zafałszowanym obrazem przeszłości, w której pacjent nie znał strachu, bezsilności, konfliktów czy napięć... Natomiast życie „po” nosi piętno absurdu, martwoty, absolutnej pustki nieprzewidywalnej przyszłości.

Pacjent zostaje uwięziony w innym czasie i innym miejscu – w czasie i miejscu traumy, gdzie nie ma nikogo prócz niego i tego drugiego, który jawi się jako widzialny lub niewidzialny prześladowca (obsesyjne pytanie: co kryje się za drzwiami?) albo jako nieboszczyk, zmumifikowany w swoim okaleczonym, rozpłatanym, zdeformowanym ciele, jako wieczny świadek spełnienia pradawnego marzenia (oto kompleks Edypa, ambiwalencja w identyfikacji, poczucie winy: na przykład patologiczna żałoba pacjenta, który chciał zachować wszystkie wspomnienia, żeby nie utracić człowieczeństwa). To właśnie w tym prześladowaniu, odczuwanym jako nieproporcjonalna kara, czy też w tym gwałtownym, niespodziewanym urzeczywistnieniu owego pradawnego życzenia śmierci, które towarzyszy pacjentowi od momentu traumy, chory traci nieodzowną więź z wizerunkiem ojca – jako tego, którego wolno zabić jedynie symbolicznie; utraciwszy tę więź, traci również jakąkolwiek możliwość istnienia, dzielenia się, a nawet mówienia...

Jak przedstawiały się moje relacje z pacjentami?

Mówiąc „relacje”, mam na myśli nie tylko stosunki natury terapeutycznej, ale również więź społeczną, ludzką, emocjonalną, która poszerza znaczenie relacji lekarz-pacjent i odpowiada za porażkę lub sukces terapii.

Nie można bowiem ograniczyć relacji z pacjentem jedynie do elementów pozostających w obrębie teorii i praktyki medycznej, psychiatrycznej lub psychoterapeutycznej, należy również stale brać pod uwagę czynniki zewnętrzne, na przykład warunki życia. Trzeba znać własne reakcje i wiedzieć, co robić w sytuacji, gdy w trakcie seansu zarówno lekarz, jak i pacjent słyszą odgłosy strzałów lub syren pojazdów opancerzonych, wdzierające się nagle w spokojną atmosferę biura.

Oto warunki, z jakimi miałem do czynienia:

Na płaszczyźnie zawodowej...

Byłem jedynym psychiatrą w szpitalu i w całym mieście, odpowiedzialnym jednocześnie za konsultacje w przychodni i w oddziałach szpitalnych, gdzie hospitalizowałem w tym okresie około trzydziestu pacjentów.

Liczba chorych przyjmowanych w ciągu jednego dnia wahała się od 3 do 52, zwykle było to około 12 pacjentów dziennie. Dla informacji mogę dodać, że w ciągu dwóch miesięcy pracy w przychodni udzieliłem niemal 400 konsultacji.

Zaczynałem pracę o dziewiątej rano, ale godziny przyjęć były zmienne, uzależnione od transportu pacjentów z poszczególnych jednostek. Przywożono ich grupami, pod eskortą uzbrojonego oddziału, ponieważ drogi nie były bezpieczne. Z tego samego powodu konsultacje musiały zakończyć się przed piętnastą, żeby każda grupa zdążyła wrócić do jednostki.

Zjawiałem się w szpitalu dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Podczas tych krótkich wizyt ograniczałem się do pobieżnego zbadania stanu każdego pacjenta, jego wyglądu i reakcji. Z powodu braku czasu rezerwowałem indywidualne spotkania dla pacjentów, którzy potrzebowali szczególnego wsparcia.

Mieliśmy tylko jedną pielęgniarkę, bardzo młodą i niedoświadczoną, która zajmowała się jednocześnie szpitalem i przychodnią.

... I na płaszczyźnie osobistej!

Miewałem często wahania nastroju. Dlaczego? Teraz, kiedy o tym myślę, z perspektywy kilku miesięcy oddalenia, widzę tylko jedną możliwą odpowiedź: otóż po czterech latach nieobecności miałem okazję odkryć i poczuć na nowo rzeczywistość społeczno-ekonomiczną i polityczną mojego kraju.

Tak czy inaczej, byłem tam – i musiałem sobie radzić, jak umiałem.

Wszyscy pacjenci z nerwicą pourazową, o których wspominałem, a także trzech innych, zostali poddani hospitalizacji. Było to konieczne i istotne, nie tylko ze względu na moje osobiste zainteresowanie tą jednostką chorobową, ale z powodu poważnych zaburzeń depresyjno-lękowych, które towarzyszyły zjawisku nieustannego odtwarzania wspomnienia traumatycznej sceny. Termin „towarzyszyły” nie jest może najwłaściwszy, ponieważ w większości przypadków musiałem najpierw rozważyć możliwość istnienia takiego odtwarzanego wspomnienia, a następnie szukać jego śladów w owych zaburzeniach lękowych, które same w sobie skłaniały raczej do zdiagnozowania depresji, co zresztą przeważnie okazywało się słuszne. Problem jednak leżał w nieskuteczności stosowanych metod leczenia, jeśli skupiałem się tylko na objawach depresji, nie biorąc pod uwagę powtarzalnej treści snów i obsesyjnego rozpamiętywania zdarzenia, które wywołało uraz. Z teoretycznego punktu widzenia, związek między nerwicą pourazową i depresją jest obecnie czysto hipotetyczny, ale w praktyce obserwuje się błyskawiczne powstawanie błędnego koła ze sprzężeniem zwrotnym między tymi dwiema jednostkami chorobowymi.

Trzeba więc było przerwać to błędne koło, działając na dwa fronty: lecząc zespół depresyjno-lękowy tymi kilkoma lekami, którymi dysponowałem oraz próbując w miarę możliwości uwolnić pacjenta od obsesyjnego przywiązania do traumatycznego wspomnienia, za pomocą psychoterapii.

Z lekarstw miałem do dyspozycji środki antydepresyjne: Anafranil i Laroxyl (z tym, że miałem kłopoty z uzyskaniem wstępnego wykazu od moich kolegów-rodaków, z których jeden zaraz na początku dał mi uprzejmie do zrozumienia, że za dużo wymagam; przyjąłem to do wiadomości i już więcej nie nalegałem), a także Prozac, dostarczany przez miejscową aptekę, która sprowadzała go na moją prośbę z innego miasta, położonego nieco dalej na zachód. Miałem mniej szczęścia jeśli chodzi o środki uspokajające: jedynie Valium i Largactil, stosowałem je więc jednocześnie jako środki przeciwlękowe i nasenne. Wydawanie tych ostatnich leków nie było automatyczne, zależało zawsze od kliniki i często od prośby pacjenta. Podsumowując to specyficzne doświadczenie, chciałbym podkreślić dwie kwestie, które uważam za szczególnie ważne. Po pierwsze, wyniki leczenia nie różniły się specjalnie od rezultatów otrzymywanych we Francji, pomimo że mieliśmy tam nieporównywalnie mniejszy wybór leków. Po drugie, stwierdziłem brak jakichkolwiek nadużyć czy roszczeń ze strony pacjentów, dotyczących przepisywanych leków lub dawek. Nie sposób nie docenić wkładu farmakologii i jej niewątpliwej użyteczności w naszej praktyce, zastanawiam się jednak, do jakiego stopnia jesteśmy przesiąknięci ideą „społeczeństwa konsumpcyjnego”, zarówno lekarze, jak i pacjenci, w naszych przyzwyczajeniach dotyczących wydawania leków.

Z punktu widzenia psychoterapeuty.

Wspominałem przed chwilą, że moje stosunki z pacjentami musiały być siłą rzeczy bardziej złożone, wielopłaszczyznowe. Żyliśmy przecież pod jednym dachem, oni jako chorzy, a ja jako lekarz. Nie mogłem nosić maski lekarza przez okrągłą dobę, ponieważ szpital był też miejscem, w którym żyłem, jadłem, spałem, uśmiechałem się, rozmawiałem, słuchałem muzyki, denerwowałem się, gdzie nocą oglądałem gwiazdy, siedząc przed szpitalną bramą. Wystawałem razem z pacjentami w kolejce do jedynej budki telefonicznej, która łączyła nas z innym światem... I właśnie w tym szpitalu musiałem czasem zetknąć się z tym i owym, kiedy wzywano mnie wieczorem do nagłych przypadków, mimo mojego oddechu, wionącego raki [1], choć spożywanie alkoholu w wojsku było zabronione.

I to był może najważniejszy element w nawiązywanych relacjach. Widzieli we mnie nie tylko zwykłego człowieka, ale również kogoś, kto chciał pozostać jak najdalej od zakazów narzucanych przez wojenną machinę, która była zawsze obecna, nawet w szpitalu, ze swoją nowomową ideologiczną, z własnymi regułami i prawidłami, salutowaniem, rozkazami, hierarchią...

Pamiętam na przykład moje wielkie zdumienie, gdy pacjenci w jednej z sal oddziału ortopedycznego zaczęli podnosić się z łóżek, w opatrunkach, wśród jęków, aby mi zasalutować, jak tylko zauważyli mnie w drzwiach. Nauczył ich tego szpitalny chirurg, oficer, przyzwyczajony do podobnych oznak szacunku.

Nie byłem żołnierzem. Wyjaśniałem im to – początkowo z powodów osobistych, potem zaś po to, by ułatwić jeszcze bardziej nasze zwykłe, codzienne kontakty, aby pacjenci mogli ze mną rozmawiać bez skrępowania, opowiadać o wszystkim i o niczym – o zepsutym telefonie, o ważnym meczu w telewizji, o polityce... Jeden z nich wprowadzał mnie na przykład w tajniki łowienia ryb, inny zachwycał się muzyką arabską i proponował, że przyniesie mi kasety, żebym mógł wyrobić sobie opinię i być może podzielić jego pasję...

Niebezpieczeństwo polegało na zatarciu relacji lekarz-pacjent przez jej zbanalizowanie; ale tu właśnie wkraczał mój autorytet medyczny, pozwalający na stworzenie niezbędnego dystansu terapeutycznego, który narzucałem pacjentom, dzięki czemu mogłem nakłonić ich do cofnięcia się pamięcią do traumatycznego wydarzenia...

Dzięki temu, że dzieliłem codzienne życie pacjentów, z czasem udawało mi się stworzyć możliwość wtajemniczenia na innym poziomie – współuczestnictwa w pamiętnej scenie, w przełomowym momencie ich egzystencji...

Akt przywołania owej sceny, jej werbalizacji przez pacjenta, był konieczny z jednej strony po to, aby chory mógł mnie zaakceptować jako osobę trzecią w świecie jego urojonej samotności, gdzie tkwił do tej pory sam na sam z tym drugim, „prześladowcą” lub „ofiarą prześladowania”, a z drugiej strony po to, aby umieć nazwać każdy szczegół tego przeżycia, a dzięki temu być może wyczerpać wspólnie wszelkie związane z nim niedomówienia. Ja również potrzebowałem tego powtarzania, aby móc wyjść z roli podróżnika, z pozycji, którą zajmowałem, przepełniony empatią oraz chęcią zrozumienia pacjenta i przyznania mu racji.

Dzięki temu mogłem służyć choremu prawdziwym wsparciem, unikając wyciągania zbyt pospiesznych wniosków, niebezpiecznych ze względu na niezmiernie wrażliwe ego pacjenta, próbując za to oddramatyzować poszczególne elementy historii. Na przykład „zeszklone oczy brata”. Pod koniec seansu wspomniałem pacjentowi o „fobii związanej z szybami”, uśmiechając się przy tym, co wywołało również uśmiech na twarzy chorego... Innego zaś pacjenta zapytałem, nawiązując do „głosów pełnych cierpienia”, czy spodziewał się może, że ranni będą śpiewać. Widziałem jego zdziwienie, najpierw może pod moim adresem, ale potem odnośnie zastanej rzeczywistości...

Wspominałem, że unikałem pospiesznych interpretacji... Zastanawiam się, czy każdy czyn, każde słowo i każde nastawienie nie funkcjonują czasem u pacjenta jako interpretacja, bez względu na to, czy jest tego świadomy, czy nie!

Z tego typu przykładem spotkałem się u pierwszego z przedstawionych pacjentów, który pierwszego dnia hospitalizacji wspomniał mi, że lubi rysować. Pod koniec spotkania zachęciłem go, żeby wykorzystał pobyt w szpitalu na podjęcie tego hobby. Trzy dni później pokazał mi swój pierwszy rysunek. Do końca pobytu w szpitalu narysował jeszcze cztery. To właśnie pierwszemu rysunkowi nadałem własną interpretację, porównując ciemną powierzchnię obrazu, pośrodku którego tkwił mały rozświetlony punkt, do groty, w której jest się uwięzionym, nie wiedząc tak naprawdę, czy chce się z niej wyjść, czy też w niej pozostać.

Przechowałem ten rysunek w moim biurku, podobnie zresztą jak wszystkie pozostałe.

Widać na nich wyraźne zmiany, zarówno w doborze kolorów, które przeszły od szaro-czarnego do niebiesko-czarnego i brązowo-żółtego, jak i w poruszanych tematach. Na drugim rysunku na przykład można już dostrzec świat zewnętrzny, pod postacią ledwo widocznych gór w oddali oraz trzech drzew powalonych przez wiatr na pierwszym planie. Natomiast ostatni rysunek, powstały w przeddzień wypisania pacjenta, stanowi absolutne przeciwieństwo pierwszego. Przedstawia pejzaż morski z falami, ptakami i statkiem. Z całego rysunku tchnie spokój.

Pomimo takich a nie innych warunków pracy i dość klasycznego podejścia terapeutycznego, udało mi się otrzymać satysfakcjonujące rezultaty. Pod koniec hospitalizacji pacjenci czuli się o wiele lepiej, lęk ulegał znacznemu zmniejszeniu, a objawy depresyjne ustępowały całkowicie lub niemal całkowicie. Odnotowano również regresję powracających obsesyjnie wspomnień. Szła ona w parze z podjęciem codziennych obowiązków i zainteresowań. Tylko sny pozostawały, choć w złagodzonej formie i coraz rzadsze.

Jedynym prawdziwym niepowodzeniem okazał się przypadek pacjenta, który różnił się od innych w zasadniczej kwestii, przyczyniającej się, moim zdaniem, do pogorszenia jego stanu. Był to jedyny Kurd wśród moich pacjentów z nerwicą pourazową. W jego przypadku istniał wyraźniejszy związek między codzienną traumą a jego osobistym przeżyciem traumatycznym. Gdy go poznałem, był już na chorobowym od dwóch miesięcy. Należał do korpusu wojsk z południowej części kraju, a do naszego regionu przyjechał spędzić urlop z rodziną, w swojej wiosce. Wziąwszy pod uwagę jego małomówność, trudno mi było stworzyć z nim taką relację, jaką opisałem wyżej. Po mniej więcej dwudziestu dniach poprosił mnie o pozwolenie na powrót do domu. Zgodziłem się, przedłużając mu chorobowe o kolejne dwa miesiące. Ponieważ do końca służby zostało mi tylko dziesięć dni, nie wyznaczyłem mu terminu kolejnej wizyty. Co dziwne, on sam przyszedł do mnie dwukrotnie z własnej woli, jak zwykle nieśmiały i wrażliwy, przynosząc świeże jaja i jeszcze ciepły chleb ze swojej wioski.

Trzeba by zastanowić się nad znaczeniem jego wizyt!

I to nie tylko w kontekście psychologicznym, ale i na innych płaszczyznach: społecznej, historycznej czy politycznej...

[1] Mocna turecka wódka o smaku anyżkowym, destylowana ze sfermentowanych winogron. Zmieszana pół na pół z wodą nabiera koloru mlecznego, skąd jej inna nazwa – „mleko lwa”. (przyp. tłum.)